ZDROWIE

Przychodzi baba do lekarza

7 stycznia 2018

Znacie ten kawał? Lubicie czarny humor? Czasem, kiedy odwiedzam, któregoś z naszych polskich lekarzy, mam wrażenie, że jestem bohaterką takich właśnie dowcipów. Nie macie też takiego wrażenia?

Pogadajmy o naszych typowych nfz’owskich wizytach. Na dzień dobry, zazwyczaj pojawia się problem z rejestracją. Co w ostatnim czasie zdarzyło mi się dwukrotnie – miła pani z okienka odesłała mnie do lekarza, aby pytać go osobiście bo ona nie rejestruje. Kolejna sprawa to długie terminy. Czasem tak odległe, że problem, z którym idziemy, znika sam. Cud na odległość!

A gdy nadchodzi ten piękny długo wyczekiwany dzień naszej wizyty u specjalisty, spędzamy kilka godzin na oczekiwaniu. Często i gęsto zdarza mi się to w mojej poradni reumatologicznej. A po ostatniej wizycie u immunologa, do którego dostałam się dopiero po interwencji mojego reumatologa (osobiście udał się z prośbą przyjęcia mojej osoby), zwątpiłam zupełnie.

Pomijając aspekt terminów, kolejek i braku specjalistów, pozostaje temat, który nie daje mi spać po nocach – jeden lekarz odsyła do drugiego. Każdy skupia się tylko na patologi danego narządu, którym on się zajmuje. Zapisuje tonę leków i każe się pokazać za rok. Nie bierze w ogóle pod uwagę, że na pewno istnieje jakaś przyczyna danej dolegliwości. Bardzo mi brakuje takiego holistycznego podejścia do pacjenta. Wiem, że czas goni nas. Wiem, że lekarz też człowiek. Ale skoro są problemy, które się namnażają, to znaczy, że błąd leży gdzieś u podstaw. I może warto stworzyć system od nowa. I tu kłania się nasza polska wspaniała oświata!

Ale wracając do mojej osoby, chciałam opowiedzieć Wam o wizycie u immunologa, która dobiła mnie zupełnie. Pani doktor (bardzo miła) poświęciła mi naprawdę dużo czasu (chwali się), jednak skupiła się na samych negatywach i już do niej nie wrócę. Oglądnęła mnie i powiedziała, że tu łokieć się nie prostuje, że tu ganglion, tu paskudne wysypki i zmiany skórne (toczniowe), a tam i tu wysięki. Że sytuacja patowa. Że choroby straszne. Że nie wie, co ze mną zrobić. Że w sumie to może nie RZS, tylko sam toczeń od początku. Albo w sumie to i to na raz, ale to i tak jeszcze gorzej dla mnie! Że nie ma mnie czym leczyć. Że jak mogę żyć z takim bólem… Koniec końców kazała wrócić do chemii (mtx), po której wcześniej miałam rewolucje, w postaci strasznych bóli głowy i dwu dniowych wymiotów. Odpuściłam temat tej kobiety zupełnie. Pytanie czy słusznie?

W każdej chorobie najcięższe są decyzje. Od nich zależy nasze zdrowie i życie. Lekarz tylko proponuje, zaleci, zdiagnozuje (lepiej lub gorzej). A my, zostajemy z decyzją jakie leczenie podjąć. I to my borykamy się z konsekwencjami naszych wyborów. Ot, taki czarny humor.